Przed chwilą słuchałem wykładu ojca Maksymiliana Nawary, benedyktyna, nauczyciela medytacji chrześcijańskiej. W pewnym momencie podzielił się czymś, co szczególnie mnie poruszyło. Powiedział, że od dłuższego czasu nie daje mu spokoju jedno pytanie:
Dlaczego?
Dlaczego, skoro tak wielu ludzi mówi dziś o przebudzeniu, rozwoju świadomości i dojrzewaniu duchowym, świat zdaje się zmierzać w przeciwną stronę? Dlaczego zamiast większego zaufania mamy coraz więcej lęku? Zamiast spotkania – podziały. Zamiast współczucia – odczłowieczanie drugiego człowieka. Zamiast pokoju – kolejne wojny.
Najbardziej poruszyło mnie to, że nie padła odpowiedź. Pytanie postawił człowiek, który od lat prowadzi ludzi drogą modlitwy, ciszy i wewnętrznej przemiany. A jednak sam przyznał, że nie potrafi znaleźć wyjaśnienia.
I może właśnie dlatego to pytanie wybrzmiało tak mocno. Przecież rozwijamy się w niemal każdej dziedzinie. Wiemy więcej o ludzkiej psychice niż jakiekolwiek wcześniejsze pokolenie. Rozumiemy mechanizmy traumy, przemocy, manipulacji i propagandy. Coraz więcej mówi się o uważności, empatii i zdrowiu psychicznym. A jednocześnie odnoszę wrażenie, że świat coraz łatwiej wpada w najstarsze mechanizmy: strach, plemienność, nienawiść i potrzebę znalezienia wroga.
Jak to możliwe?
Czy rozwój duchowy zawsze będzie drogą nielicznych, podczas gdy zbiorowością łatwiej rządzi lęk? Czy dobro rozwija się powoli, a zło wystarczy tylko uwolnić? A może historia rzeczywiście nie biegnie prostą linią ku lepszemu światu, lecz jest nieustannym zmaganiem dwóch sił obecnych w ludzkim sercu?
Nie wiem.
Ale od tamtego wykładu noszę w sobie to jedno pytanie.
Dlaczego?
Jeśli istnieje odpowiedź, to chyba warto jej szukać. Nie tylko po to, by lepiej zrozumieć świat. Przede wszystkim po to, by nie dokładać własnej cegły do jego regresu.

Write a comment